O Morderdcy w bohaterze pewnego filmu
Ładny plakat, znane nazwiska, choć w nowych dla siebie rolach, ciekawy opis filmu, Winterbottom jako reżyser. Brzmi intrygująco? Tak, ale tylko na pozór.
Może po prostu chodzi o to, że nie lubię w filmach przemocy, która do niczego nie służy. Tutaj na przykład nie rozumiem, po co wprowadzono drobiazgową, wielominutową sekwencję katowania bohaterki granej przez Jessikę Albę.
Nie lubię też filmów, w których nie rozumiem głównych bohaterów, a tutaj nie rozumiem większości. Lou Ford (Casey Affleck) jest dla mnie kopią Dextera Morgana (może scenarzyści obejrzeli o jeden sezon „Dextera” za dużo?). Joyce Lakeland (Alba) jest albo kompletną idiotką, albo cierpi na ostry syndrom sztokholmski (nie potrafię inaczej wytłumaczyć jej zachowania). W zasadzie to mogłabym polubić Amy Stanton (graną przez Kate Hudson), ale ta postać nie pojawia się zbyt często na ekranie, przez co jest według mnie papierowa.
Trudno mi stwierdzić, czy mój brak zrozumienia bohaterów jest kwestią odpowiedniego doboru aktorów, czy po prostu winą konstrukcji scenariusza. Bardzo pozytywnym zaskoczeniem był dla mnie Casey Affleck, który, nie bójmy się tego powiedzieć, jest chyba tym bardziej utalentowanym bratem. Jego minimalistycznie zagrana rola sporo wniosła i tak naprawdę sprawiła, że nie wyłączyłam tego filmu po pierwszych dwudziestu minutach (i to mimo że, jak już wspomniałam, nie rozumiem tak do końca jego zachowania). Ale reszta pozostawia wiele do życzenia: gra Alby sprowadza się do robienia zdziwionej miny i pomykania w bieliźnie retro (a czasem i bez). Rola Hudson jest zbyt mała, żeby cokolwiek o niej powiedzieć – tak czy inaczej nie wróżę Kate, że wyrwie się dzięki „Mordercy…” z zaklętego kręgu komedii romantycznych, w którym tkwi razem z Jennifer Aniston i Meg Ryan. I nawet mała niespodzianka pod postacią Billa Pullmana, który zalicza u Winterbottoma drobną rólkę, pozostawia niedosyt: Pullman nie ma w filmie za wiele do roboty.
W filmie, oprócz porządnie skonstruowanych postaci, brakuje też napięcia. Nie obchodziło mnie tak naprawdę, co się stanie z bohaterami. Lou Ford nie ma godnego siebie przeciwnika (może gdyby struktura „Mordercy we mnie” bardziej przypominała „Słaby punkt” z Hopkinsem i Goslingiem, historia byłaby lepsza?), a niektóre sceny niezamierzenie śmieszą (choćby ta z ucieczką jednego z bohaterów ulicami miasta). Ostatnim gwoździem do trumny tego filmu jest jego zakończenie. Jej sposób realizacji sprawia wrażenie, jakby według Winterbottoma w amerykańskim kinie w ciągu ostatnich 30 lat nie wydarzyło się nic ciekawego.
I naprawdę szkoda jest mi tej historii, prawdopodobnie gdyby zabrała się za nią inna ekipa (nie licząc Afflecka) możliwe, że wyszłoby coś interesującego, choć niekoniecznie oskarowego. A tak to dobry materiał przepadł na co najmniej 10 lat.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook